środa, 7 listopada 2012

jakoś się żyje...

Nie umiem pisać regularnie, ale jak się już zabiorę to w miarę jakoś jest. I teraz JAKOŚ tego wpisu postaram się zbudować.

Ostatnio życie tutaj odrobinę zwolniło, ale jeszcze 1.5 tygodnia i zleci mi 2 miesiące tutaaaaaj! Nie mogę w to uwierzyć, bo dopiero co pamiętam jak położyłam swoją stopę na ziemi kreteńskiej wysiadając z samolotu w Chani i jak pozytywnie zaskoczona byłam szybkością wydawania bagażu. Prawdę mówiąc z formalno-operacyjnych kwestii to była jedna dopięta, dopieszczona i wypucowana chwila w ciągu całego mojego pobytu tutaj. Reszta jest... chaosem.

Mam całkiem rozbity dzień, w sumie na to składa się wszystko, co dzieje się od wczoraj. Małe problemy z mieszkaniem, straszenie policją, prawnikami... Paranoja. A propos mieszkania - przenosimy się na Παλιά Πόλη, bliżej życia, bliżej erasmusów, klimatu prawdziwego Ρέθυμνο. Ale ile z tym problemów! Grecy są naprawdę bardzo dziwni, zwłaszcza ci, którzy widzą, że ucieka im kasa... Musimy patrzeć na swoją wygodę i nie dać się "przysłowiowo" WYRUCHAĆ pierwszemu lepszemu Grekowi. Z całym szacunkiem dla Nich.

Greckiego jest coraz więcej a czasu na naukę coraz mniej. Prawdę mówiąc powinnam teraz siedzieć nad zadaniami ze statystyki o których sobie przypomniałam wczoraj, ale spoko, do 23:59 jest jeszcze trochę czasu. OGARNĘ.Jeszcze a propos greckiego - 15 listopada mid term test... O zgrozo! I co teraz? A w grudniu podobno mamy być już na A2! Prawdę mówiąc super jest wyłapywać z rozmów Greków, z telewizji czy radia (póki co) pojedyncze słowa, które rozumiesz! To motywuje do nauki. Podsumowując - GRECKI SPOKO.

Ostatnio ruszyliśmy nasze rozleniwione tyłki i pochodziliśmy po okolicy. Jakie było zdziwienie naszych kolegów - Greków kiedy powiedzieliśmy, że trasa na Myli Gorge miała koło 20 kilometrów. "I wy tam poszliście pieszoooo?". No tak, lepiej siedzieć na tych skuterach, wpieprzać pączki i hodować opony od traktorów.

A Myli Gorge, właściwie jego stacja końcowa - Banana Bar, jest upiorny. Trafiliśmy tam kiedyś samochodem, z jednej strony pionowa ściana w górę, z drugiej przepaść. Droga niewiele szersza od samochodu. Jest noc, ciemno. Dojeżdżamy, koniec trasy. Nie ma gdzie zawrócić. Przed sobą widzimy napis Myli Gorge, na tabliczce stare skórzane buty i głowa lalki uczepiona lewego górnego brzegu. Ja - pełne majtki, nienawidzę lalek, są przerażające! Na dole coś się dzieje, jacyś cyganie czy coś, albo dzikusy z dżungli, nie wiadomo co robić. Ja piszczę, Aśka wystraszona tak samo jak ja. A Adrian - pełen chill i na wstecznym po tej zrytej od wody drodze. MAMO! Nie pamiętam kiedy byłam tak bardzo przerażona. To miejsce było dla mnie najgorszym koszmarem. Co się okazało - trafiłam tam jakieś 3 tygodnie później, czyli ostatnio! Nieświadomie, radośnie krocząc ścieżynkami wąwozu Myli. A tu nagle TEN SAM WIDOK!

Dobra, koniec, bo mi się zaczynają trząść ręce na samo wspomnienie. Ale co było fajne - JUMA! Dla niewtajemniczonych, juma jest czynnością motoryczną, której celem jest dostarczenie wycieńczonemu, biednemu organizmowi studenta erasmusa pożywienia w postaci pachnących pomarańczy i słodkich winogron. King of Juma - Sebastian. Nie wąchaliście nigdy pomarańczy z jumy, nie czuliście nigdy smaku winogron rosnących nad drogą spokojnie czekających na jumaczy. I reguła wypadu na wycieczkę - wracasz z większą ilością jedzenia, niż zabrałeś.

Proste?

No to teraz trochę szczęścia na zdjęciach. Wypad do Myli Gorge, przez Agia Eirini, Rousospiti, Hronomastiri.





































Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza